„Czyż nie mam pić z kielicha?” – Ugodzony cierpieniem
W każdej aptece można je dostać, często bez recepty: środki przeciwbólowe. Leki, które uśmierzają moje odczuwanie bólu, tak że nie muszę już dłużej cierpieć z jego powodu. A te lepsze z nich zwalczają zarazem także przyczynę bólu. Bo przecież: ból nie musi istnieć! Jest on pełen cierpienia. I w niezwykłym stopniu obniża jakość mojego życia. Cierpieniu należy zapobiegać albo przynajmniej w możliwie największym stopniu je łagodzić. Człowieka, który świadomie poszukuje cierpienia i bólu, aby w nich się zatracić czy pogrążyć, uznajemy za chorego. Tego, kto nie pomógłby cierpiącym – za bezdusznego.
Dlaczego więc obchodzimy Pasję jako czas świąteczny? Dlaczego od stuleci pobożne, głębokie dusze starają się przeżywać w swoim wnętrzu Pasję Chrystusa w wydarzeniach Wielkiego Tygodnia?
Pasja znaczy cierpienie. Gdzie więc w cierpieniu znajduje się charakter święta? Co sprawia, że Wielki Tydzień staje się „wielkim, świętym tygodniem”?
Aby zrozumieć mowę tego „cichego tygodnia”, potrzebujemy ciszy we własnym wnętrzu. Wszelkie: „Jak oni mogli?! Czyż nie mogli tego zobaczyć?!”, wszelkie przerażenie okrucieństwami, do jakich my, ludzie, jesteśmy zdolni, także wszelkie próby wyjaśniania: „Musiało się to przecież tak wydarzyć, aby…” – to wszystko jest jeszcze naszą własną mową. Nie jest to mowa, którą przemawia sama Pasja. „Myślisz nie o tym, co Boże, lecz o tym, co ludzkie” (Mt 16,23) – mówi Pan do Piotra, gdy ten przerażony zapowiedzią cierpienia Jezusa woła: „Panie, niech Cię to nigdy nie spotka!” (Mt 16,22). Piotr, który potem w Getsemani jeszcze z mieczem w ręku próbuje powstrzymać to, przeciw czemu wszystko w nim się buntuje. Jak bardzo potrafimy współodczuwać z Piotrem, gdy walczy on przeciw temu niewysłowionemu cierpieniu.
„Czyż nie mam pić kielicha, który daje mi Ojciec?” (J 18,11) – pyta Chrystus w tej chwili i uzdrawia zranionego sługę w prawe ucho. Nie tylko bezwarunkowe przyjęcie cierpienia może nas wstrząsnąć, lecz także to, że to sam Ojciec niebieski przygotowuje i podaje Synowi Człowieczemu ów kielich cierpienia. Krok za krokiem musi on zostać opróżniony – teraz, wraz z pojmaniem, aż do dna.
Jednak Pasja Chrystusa rozpoczęła się już znacznie wcześniej. Cierpi On z powodu zatwardziałości serc, z powodu ślepoty i głuchoty dusz swoich ludzkich braci. W każdym spotkaniu z człowiekiem odczuwa rany zniszczonego, zniekształconego obrazu człowieka.
Ale także ziemskie życie Syna Bożego jest tylko jednym stopniem na jego długiej drodze pasyjnej. W Liście apostoła Pawła do Filipian czytamy w drugim rozdziale, że Chrystus od prapoczątku był istotą o boskiej postaci i mocy. Nie zatrzymał jednak tej boskiej postaci dla siebie, lecz złożył ją w ofierze. Stopień po stopniu. Na długo zanim stał się człowiekiem na ziemi. Jako obejmująca cały kosmos istota stwórcza coraz bardziej się skupiał, coraz bardziej się ograniczał, przyjmując ciało.
„Zanim istota Chrystusowa uczyniła Słońce swoim ciałem, miała jeszcze zupełnie inne ciało – mianowicie całe rozległe gwiaździste uniwersum. Nie ma w ogóle żadnej gwiazdy, która nie byłaby najpierw klejnotem na płaszczu ciała duszy tej istoty.”
(Friedrich Benesch, Die Passion Christi, s. 14)
To cierpienie, to bolesne skupianie się i kurczenie, prowadzi ku Wielkiemu Tygodniowi i ukazuje się w jego poszczególnych wydarzeniach w formie zagęszczonej i skupionej. A we wszystkim tym wciąż możemy słyszeć niewypowiedziane pytanie: „Czyż nie mam pić z kielicha?”
W Getsemani było ono skierowane do Piotra – do człowieka buntującego się przeciw cierpieniu. A wcześniej? – A później? Także tam pytanie to zwraca się do tej mocy w człowieku, która powstaje przeciw cierpieniu. Wtedy jak i dziś. Niezależnie od tego, czy ta moc przejawia się w ekstatycznym uniesieniu, w które tak łatwo popadamy, gdy jakieś wydarzenie zdaje się nosić znamiona niewytłumaczalności, cudowności, a nawet nadzmysłowości. Czy też wtedy, gdy na drogach wewnętrznego ćwiczenia staramy się ostatecznie pozostawić za sobą ciężary ziemskiego istnienia – wyzwoleni, wyniesieni ponad ziemskie cierpienie i napełnieni wewnętrzną błogością.
Tam jednak, gdzie Syn Człowieczy ukazuje się w sanktuarium naszego wnętrza, wszystko to, co chce stworzyć pozorne bezpieczeństwa przy pomocy zewnętrznych środków, musi najpierw wzburzyć się w nas wobec Jego przyjęcia cierpienia. I często dzieje się wtedy tak, że jeśli już nie potrafimy prowadzić rozmowy z tym cichym, wytrwałym pytającym w naszym wnętrzu, próbujemy go obalić lub zagadać.
„Czyż nie mam pić z kielicha?” – wtedy w nas pochyla się to, co stało się już zdolne do cierpienia, i uświęca gorzką drogę wyrzeczenia i obumierania.
A Judasz? – Być może było to tylko spojrzenie, którym Pan zadał mu to pytanie. To spojrzenie spoczywa na nas za każdym razem, gdy do naszej gotowości ofiary chce domieszać się coś innego niż czyste, pełne miłości oddanie.
Lecz dopiero na krzyżu kielich zostaje rzeczywiście opróżniony aż do dna. Gdy dochodzimy do kresu własnych możliwości, możemy jeszcze zawsze przyjąć tę naszą bezsilność. W całkowitej rezygnacji z wszelkiego samowolnego działania może objawić się dopiero najpotężniejsza siła oddania. Wtedy nasze cierpienie nie jest już tylko wysiłkiem, lecz w samym przeżywaniu bólu ulega przemianie. Pośród bezsilności śmierci rozbłyska nowe, całkiem inne życie.
W obrazach Apokalipsy wszystkie doświadczenia cierpienia prowadzą ostatecznie do pojawienia się złotego miasta Jeruzalem. Do miasta otoczonego murami może wejść tylko ten, kto znajdzie dostęp przez jedną z dwunastu bram z pereł. Przez perłę – przez całkowicie przemieniony, lecz do końca przecierpiany ból – wchodzimy do królestwa życia Zmartwychwstałego. Ilekroć cierpimy pod ciężarem naszego losu, zostajemy uznani za godnych, by wejść w Pasję Jezusa Chrystusa.
Może nie widzimy w tym powodu do świętowania. Charakter święta nie powstaje jednak z naszego osobistego dobrostanu, lecz z uroczystego objawienia i współprzeżywania tego, co Boskie, w rytmie roku. Archetypiczne wydarzenia Wielkiego Tygodnia mogą nam w tym pomóc. Opowiadają bowiem o cierpiącym człowieku – opowiadają o nas samych. I opowiadają o Tym, który pośród cierpienia wciąż na nowo pyta: „Czyż nie mam pić z kielicha?”
Być może zaczynamy wtedy powoli przeczuwać, że jest to „napój zdrowia”, który Ojciec nam podaje. I uczymy się mówić wraz z Novalisem:
W śmierci objawiło się życie wieczne.
Ty jesteś śmiercią – i dopiero czynisz nas zdrowymi.
Barbara Wagler
Obraz: Odilon Redon, Chrystus na krzyżu
Opracowanie: Anna Kruczek
