Wolność człowieka — wyzwanie
Nowe okresy świąteczne
Z działalnością Wspólnoty Chrześcijan wiąże się pojawienie się zupełnie nowych okresów świątecznych, uzupełniających tradycyjny chrześcijański krąg świąt: okresu Janowego i okresu Michaelowego. Podczas gdy pamięci Jana Chrzciciela i Archanioła Michaela poświęcony był dotąd w kalendarzu świętych zaledwie jeden dzień, odnowiony kult zaprasza swoich uczestników, by przez cztery tygodnie łączyli się z istotą i promieniowaniem „największego spośród narodzonych z niewiasty” oraz Księcia Niebios.
Byłoby czymś nieadekwatnym do rozważanej tu treści, gdybyśmy chcieli pragmatycznie wyjaśniać pojawienie się nowych okresów świątecznych, na przykład w taki sposób: Kościół katolicki nie przywiązywał do tego wagi albo wręcz: nikomu wcześniej nie przyszło do głowy, by obchodzić święto Janowe lub Michaelowe. Pojawienie się nowych okresów świątecznych musiało być poprzedzone pewnym rozwojem ludzkości, który w naszym stuleciu doprowadził do tego, że ze znamiennych dat 24 czerwca i 29 września mógł się każdorazowo rozwinąć cały okres świąteczny. W człowieku dojrzało coś, co może i pragnie wejść w żywą relację — z jednej strony z Chrzcicielem Chrystusa, z drugiej zaś z Archaniołem Chrystusa.
Niniejszy artykuł jest próbą ukazania, co sprawia, że my, ludzie współcześni, wchodzimy w szczególną relację z Janem Chrzcicielem.
Chrzciciel na przełomie czasów
Kiedy uzmysłowimy sobie, jak Marek rozpoczyna swoją Ewangelię, Chrzciciel staje przed nami od razu jako działający. Nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym, z kim mamy do czynienia, skąd Jan pochodzi, co zawiodło go na pustynię ani dlaczego czyni to, co czyni — widzimy Chrzciciela jako tego, który wypełnia swoje zadanie, który jest tym, kim jest w tej przełomowej chwili dziejów.
Dopiero Ewangelia Łukasza odsłania nam, że pochodzenie tego człowieka było dobrze znane, a jego wystąpienie na pustyni miało swoją osobistą historię. W tej chwili jednak stała się ona jakby wymazana, pozbawiona znaczenia. Była drogą, która przestała się liczyć, bo cel został osiągnięty.
Jeśli w wyborze miejsca działania przebija wola odcięcia się od wszystkiego znajomego, od wszystkiego, z czym ludzie byli związani — od miasta, w którym mieszkali, od świątyni, w której oddawali cześć Bogu, od synagogi, w której otrzymywali pouczenie o Prawie — i udania się w miejsce nieoznaczone, nieobciążone przeszłością, to ten sam impuls woli odnajdujemy i na innym polu: Jan, by stać się Chrzcicielem, wyrywa się również z więzów społecznych — z kręgu rodzinnego, z nurtu kapłańskiego, z życia zakonnego nazirejczyków i esseńczyków, wraz ze wszystkimi związanymi z nimi obyczajami oraz ćwiczeniami podtrzymującymi i wspierającymi życie. Także w wymiarze społecznym udaje się — mówiąc obrazowo — na pustynię, by w tej samotności uchwycić w sobie to, co może napłynąć ku wspólnocie ludzkiej jako błogosławieństwo i co sprawia, że ów samotnik — zewnętrznie i wewnętrznie — staje się ogniskiem masowego ruchu, poświadczonego również przez historię.
Nie musimy sądzić, że Jan przeżywał więź z rodziną czy z innymi wspólnotami, które również dążyły do czystego życia, jako osobiste skalanie. U podstaw jego dążenia nie leży uwolnienie się od tego, co nieczyste, lecz coś zupełnie innego: wola, by być w pełni wolnym i móc działać w pełnej obecności ducha. Dlatego uwalnia się od wszystkiego, co mogłoby go kształtować zewnętrznie, co mogłoby kształtować go również duszewnie; co więcej, podejmuje próbę uwolnienia się nawet od tego, co już wcześniej ukształtowało go duchowo. Znajduje to wyraz w Ewangelii Jana, w opisie wypytywania, które Żydzi polecili przeprowadzić:
„Takie jest świadectwo Jana, gdy Żydzi z Jerozolimy posłali do niego kapłanów i lewitów i kazali go zapytać: Kim jesteś? Odpowiedział zgodnie z prawdą, nie zaprzeczył i wyznał: Nie jestem Chrystusem. Pytali więc dalej: Kim jesteś? Czy jesteś Eliaszem? Rzekł: Nie jestem. Czy jesteś Prorokiem? Odpowiedział: Nie” (J 1,19–21).
Trzykrotnie Jan odpowiada przecząco — a Ewangelista wyraźnie zaznacza, że odpowiedzi te były zgodne z prawdą. Można by jednak słusznie powątpiewać w ich prawdziwość: czy całe działanie Jana nie było przeniknięte działaniem Chrystusa? Czy nie żyła w nim nadal istota Eliasza? Czy swoim posłannictwem nie wpisywał się w nurt zbawienia zapowiedziany przez proroka Izajasza? Sens odpowiedzi Chrzciciela otwiera się przed nami inaczej, gdy dostrzeżemy, jak wyraża się w nich wola, by również duchowo stać całkowicie czystym, nieukształtowanym przez to, co minione, i otwartym na teraźniejszość; by odrzucić wszystko, czego nie można uchwycić i odczuć w chwili obecnej.
Jak zatem Chrzciciel wypowiada wreszcie swoją istotę wprost? „Moje Ja — głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, jak powiedział prorok Izajasz” (J 1,23). Czym jest? Czystą gotowością do działania w duchu i w służbie Wyższego. Jan pojmuje siebie jako zdolność mówienia wołającego w pustynnej samotności. Wyraża się w tym wolne, ofiarne oddanie: nie tylko własnej zewnętrznej sytuacji życiowej, nie tylko więzi rodzinnych i społecznych, nie tylko wszystkiego, co kształtuje duszę — lecz oddanie samego Ja. Nie jako wyrzeczenie się Ja, lecz jako oddanie tego Ja do dyspozycji, wraz z pełnią siły osobowości, aby mogło działać.
I tak Jan był w stosownej chwili gotów uczynić to, czego — według słów Ewangelii Mateusza — oczekiwał od niego Jezus z Nazaretu: „Pozwól teraz, aby tak się stało. Dobrze jest, abyśmy wypełnili wszystkie porządki losu”. W ten sposób mógł stać się Chrzcicielem Chrystusa.
Nasze współczesne doświadczenie losu
Co sprawia, że my, ludzie współcześni, wchodzimy w relację z Janem Chrzcicielem w sposób zupełnie nowy? Z pewnością nie chodzi o to, że jego impuls ożywiałby na szeroką skalę także ludzi naszych czasów. Ludzie na ogół nie czują się powołani do przygotowywania drogi Chrystusowi. Jednak w zupełnie innych okolicznościach możemy dostrzec, jak bliski naszemu własnemu doświadczeniu jest los Jana. Objawia się to w tym, jak musimy dziś — chcąc nie chcąc — ujmować własne życie i nim kierować, uwolnieni od więzi i prowadzenia przez zewnętrzne uwarunkowania losu.
Nie musimy dziś angażować siły swojej osobowości, by uwolnić się z więzi z rodziną, narodem czy wspólnotą religijną. Stwierdzamy raczej, że wszystkie te więzi same utraciły swoją moc — nie mogą już dawać oparcia tak, jak dawały je jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Sam los coraz bardziej rezygnuje z określania nas przez zewnętrzne okoliczności; jego siła dawania oparcia staje się zawodna. Niegdyś ktoś mógł powołać się na swoje dobre nazwisko, aby torować sobie drogę w życiu. Dziś musi dowieść własnej wartości. Niegdyś można było czerpać dumę z rodziny czy narodu. Dziś ta duma przybiera gorzki posmak.
To, co obserwujemy w naszych warunkach społecznych, dostrzegamy również w otoczeniu zewnętrznym. Nie żyjemy na pustyni — ale jako mieszkańcy miast z pewnością przebywamy w środowisku równie jałowym, które samo z siebie nie może zagwarantować naszego życia. Stąd też stosunkowo łatwo możemy się od niego oderwać, wyjechać, przenieść gdzie indziej. Nie tylko czujemy się wolni od więzów — tacy jesteśmy w istocie. Los przestał przemawiać do nas w sposób wiążący przez zewnętrzne warunki.
Możemy przyjąć to pozytywnie, ale możemy też usłyszeć w tym coś budzącego niepokój. Oznacza to bowiem, że również poprzez podtrzymywanie zewnętrznych relacji nie znajdziemy już harmonii z własnym losem, to znaczy z zadaniem życiowym, dzięki któremu nasze życie na ziemi nabiera sensu przed obliczem świata Bożego. Dawniej już samo urodzenie często rozstrzygało, kim ktoś ma zostać. Dziś los coraz rzadziej udziela odpowiedzi przez zewnętrzne warunki.
Konkretnie oznacza to: wiele decyzji, które dawniej były podejmowane przed narodzeniem i mogły działać w życiu jako zewnętrzne uwarunkowania losu, musi być dziś podejmowanych na nowo — po narodzeniu, w życiu ziemskim, mocą własnego ziemskiego rozumu. Kto nieświadomie oczekuje, że zastane warunki same go uniosą, musi upaść — bo ta nośna siła już nie działa. Siła nośna losu musi coraz bardziej rodzić się z wglądu w to, co powinno się wydarzyć, oraz z gotowości, by zaangażować w to całą siłę własnej osobowości. Dzięki temu wglądowi i temu zaangażowaniu — woli dobra i tego, co słuszne — może zostać zachowane to, co inaczej musiałoby się rozpaść: więzi rodzinne i inne więzi społeczne — aż po wspólnotę z Ziemią.
Los coraz rzadziej wychodzi nam dziś naprzeciw w postaci zaskakujących zewnętrznych „przypadków”. Kształtuje się przez wznoszenie dusz — mocą danych nam sił czuwającej świadomości — ku istotom boskim, które pragną prowadzić nasze życie ziemskie; przez wolne decyzje, do których wiedzie nas to wzniesienie; i przez przytomność ducha, pozwalającą kształtować nasze czyny tak, aby nasze działanie stało się zdolne przyjąć te postanowienia, poprzez które związaliśmy się z istotami boskimi.
Nie jesteśmy pozbawieni losu ani mocy nim kierujących — jesteśmy jednak wolni: wolni, by swój los przyjąć i wejść w relację z mocami losu albo tego nie uczynić. Jest to wolność, która zawiera w sobie wielką odpowiedzialność, zupełnie nową dla ludzi.
Wola Boża, aby móc wlewać się w świat ziemski — a zwłaszcza w świat ludzki — potrzebuje jako swego narzędzia ludzkiej woli, która zwraca się ku niej w czystości i wolności.
Jan Chrzciciel i my
Jan Chrzciciel stoi przed nami jako pierwszy, który złożył tę ofiarę woli — angażując całą osobistą siłę — by przyjąć i nieść błogosławieństwo świata Bożego. Stoi przed nami nie tylko jako ten pierwszy, lecz zarazem jako stróż tego zaangażowania osobistej siły człowieka; jako ten, który umacnia nas, gdy zmagamy się o wolność i czystość woli, by mogła ona stać się godnym narzędziem Boskości.
Istota Chrzciciela nie jest od nas oddzielona dwoma tysiącami lat. W naszym własnym dążeniu jako ludzi współczesnych sam Chrzciciel jest nam bardzo bliski; mówiąc dokładniej: to my znaleźliśmy się bardzo blisko niego. To, co wówczas zdolny był uczynić jako coś przyszłego, daleko wyprzedzającego powszechny rozwój ludzkości, dziś zostało postawione przed nami jako zadanie. Możemy zaś ujrzeć je wyraźniej i podjąć odważniej, gdy rozważymy to, co Ewangelie opowiadają o Janie Chrzcicielu — i co można w nich odczytać jako zaangażowanie siły jego osobowości.
Tekst autorstwa kapłana Wspólnoty Chrześcijan Georga Dreissiga, ukazał się w miesięczniku „Die Christengemeinschaft” w 1995 roku.
Obraz: Jan Chrzciciel – Leonardo da Vinci
